Str. Główna · Kategorie · Biblia · św. Księgi? · Linki zew. · Transmisje rel. · Apokryfy · Mój kanał YT · Z życia wzięte · Wyd. dotyczące ŚJ · Archiwum zgr. ŚJ · · · Maj 22 2019 18:35:54
Mój życiorys-1
Czas młodości
Mój życiorys Zacznę od dziadka. który był rolnikiem na 30 ha . Tuż niedługo przed II wojną zlecił gospodarstwo jednemu ze synów. Natomiast mojemu ojcu kupiono zlewnie mleczarską w sąsiedniej wsi. Mój ojciec w tej zlewni skupował mleko od rolników i przetwarzał je też na śmietanę, ser i masło. Podczas wojny został przyłapany przez Niemców na nielegalnym handlu masłem i umieszczony w lagrze . Tam nabawił się gruźlicy z czego na początku nie zdawał sobie sprawy. Po wojnie zrezygnował ze zlewni i przejął gospodarstwo po bracie w ojcowiźnie, który wyemigrował na inne gospodarstwo z wyzwolonych ziem zachodnich. Nadszedł rok 1947 podczas którego się urodziłem. Gdy już podrosłem do około 6 lat, to już wysyłano mnie do pasienia krów na łąkę oddaloną o 1 km, gdyż wcześniej zatrudniony pasterz zmarł.

Jednakże już nieco wcześniej ojciec zaczął odczuwać skutki choroby, przez co nie mógł fizycznie pracować. Był to okres, gdzie wywiązywanie się z kontyngentu stalinowskiego było bardzo uciążliwe, gdzie piętnowano szczególnie kułaków. Pamiętam, gdy dwu ze wsi malowano w satyrycznych scenach na murach z powiększonymi brzuchami z powodu zaległego wywiązywania się z kontygętów. Gdy dłuższy czas zalegali z dostawami, to karano aresztem. Byłem też obserwatorem jak przyjechało UB aresztować sąsiada, a on się chował przed nimi ucieczką na strych. Przypominam sobie jak u nas w domu też obawiano się, gdyż nie raz też zdarzało nie wywiązanie się w czasie. Przybywał wtedy sekwestrator, potocznie zwano go "zielony", ze względu na kolor ubrania urzędowego. Pewnego razu słyszałem naradę ojca z matką o przekupstwie go symbolicznym prezentem. Kiedy pojawił się, to po otrzymaniu "napiwku" pomógł napisać odwołanie do gminy o umorzenie długu, wraz z umotywowaniem, co ostatecznie zakończyło się pomyślnie. W tym przypadku choroba ojca była uwzględniana przez urzędników. W 1954 r zacząłem uczęszczać do szkoły, do której miałem 2,5 km. Chodziłem codziennie pieszo. No cóż, życie nasze nie było łatwe.

Jednym z ciekawszych wydarzeń było, gdy z bratem spaliśmy w altance, która była w sadzie po drugiej stronie drogi. Gdy nad ranem może ok 5 godziny było słychać jakieś dudnienie. W tym czasie brat wstał wyszedł na dwór i za chwilę wraca i woła; czołgi, czołgi jadą po szosie (0,5 km)! Wybiegłem i obserwowaliśmy je, aż przejechały. Jak się potem okazało, jechały na Poznań w pamiętnym 1956 r. Gdy szedłem do szkoły, to w połowie drogi stały dwa czołgi. Stały o ile pamiętam ze 2 tygodnie. W między czasie wracając ze szkoły rozmawialiśmy z załogą czołgu. Byli zainteresowani naszymi książkami i zeszytami. Raz nawet pozwolili kilku nam pojedynczo wejść do środka czołgu. Pewnego jednak razu trochę zdenerwowałem jednego z żołnierzy, gdy ten był w środku czołgu, a ja bawiąc się na zewnątrz lufą wystającego karabinu. W pewnym momencie wyślizgnęła mi się lufa z ręki, gdzie w środku był pewien obciążnik, który spadając do swej ustalonej pozycji, uderzył chyba w głowę żołnierza, coś tam majstrującego. Wyskoczył i zaczął na mnie krzyczeć, to ja w ucieczkę. Innego dnia przejeżdżała jakaś kolumna samochodów i nie zatrzymując się, zrzucali żywność i papierosy.

Gdy miałem 10 lat (1957 r), zmarł ojciec. Mama wyszła wkrótce za mąż, za zatrudnionego u nas na stałe jeszcze kawalera mającego ponad 50 lat. Była to konieczność, gdyż my rodzeństwo byliśmy jeszcze niedorośli, a obowiązków sporo. W tych latach mechanizacja była jeszcze "kulawa". Nie było jeszcze dociągniętego prądu. Używało się lamp naftowych. Ja po powrocie ze szkoły miałem prawie stałe obowiązki. Przyprowadzanie przed wieczorem krów z łąki jako, że już zastosowano wiązanie ich na łańcuchach z wbitym kołkiem. Wcześniej w oborze musiałem wyrównać obornik i wyścielić słomą. Prawie codziennie też pomagałem doić 1 - 2 krowy. Bardzo lubiłem pić świeże mleko, zwłaszcza, gdy mama upiekła świeży chleb, w specjalnie zbudowanym piecu, którego wcześniej nagrzewano palącymi gałęziami. W piecu było wypiekane 6-7 chlebów, każdy z nich 3-4 kg.

W miarę postępujących lat przybywało mi obowiązków, tak, że byłem często przygnębiony. Powrót ze szkoły zaczynał się zjedzeniem obiadu, potem zależnie od pory roku praca. Zimą było zazwyczaj młócenie zgromadzonego zboża w stodole. Młócka odbywała się tak zwaną kastrą podobną do tej, napędzanej kieratem konnym. Potem było oczyszczanie ziarna przy pomocy ręcznie napędzanej wialni. Wywożenie obornika z budynków, przygotowywanie karmy koniom poprzez rozdrabnianie słomy, tak zwaną sieczkarnią raz w tygodniu, parowanie ziemniaków do świń w parniku i wiele innych zajęć. Na wiosnę pozostałe pola orano, siew, nieco później sadzenie ziemniaków, obróbka buraków z chwastów . Latem w żniwa koszenie kosiarką., wiązanie w snopki, znoszenie w sztygi, zwożenie do stodoły ewentualnie resztę w stóg. Resztki grabiło się konną grabiarką. Jesienią przede wszystkim wykopki buraków i ziemniaków. Mechanizacja była wówczas jeszcze bardzo mizerna. Na przykład ziemniaki były wydobywane za pomocą urządzenia zwanego kopaczką, której śmigła z prętów rozrzucały na odległość 3 metrów. W tych wszystkich pracach uczestniczyłem również ja.

Teraz opisze niektóre moje przeżycia, które spowodowały moje zniechęcenie wiązania mej przyszłości z rolnictwem. Otóż mnie jako 10-cio letniego chłopca czekały takie prace jak: Ładowanie widłami na wozy obornika, na wozy, gdyż były zamieniane. Ojczym wywoził załadowany a zostawiał pusty. Proszę sobie wyobrazić mocno zbity obornik w oborze, którego trzeba było rwać z wielkim wysiłkiem. Oczywiście mimo wysiłku nie mogłem zdążyć do wymiany, a ojczym za każdym razem krzyczał na mnie, że jestem leniem, darmozjadem itp. uwagi. Innym negatywnym przeżyciem utkwionym w mej pamięci było odbieranie i układanie słomy podczas młócki w stodole na sąsieku. Wówczas nie miałem jeszcze 10 lat. I tym razem wyobraź sobie, gdy tonąłem w luźnej słomie, aby przesuwać słomę po całym obszarze wydzielonego miejsca, od rana do wieczora. Po prostu wciąż pod górkę, po tej luźnej słomie. W końcu cały spocony, co ułatwiało przylepianie się ości z kłosa, zwłaszcza jęczmienne, które powodowały zadraśnięcia z pieczeniem skóry. W końcu przemęczony, bezsilny, oczy bolące od zabrudzenia pyłem, wołający o pomoc, zapłakany, a było tylko słychać z początku; za chwilę zrobimy przerwę. Kiedy upływa pół godziny, wołam z płaczem o litość cały przywalony słomą, to zamiast litości, to krzyczenie, abym się wziął do roboty zamiast narzekania.

Chociaż nie było codziennie tak ciężko, to jednak i mniejszymi obowiązkami byłem na tyle przemęczony, że przy odrabianiu lekcji pisemnych wieczorem, często zasypiałem nad zeszytem. Szczególnie zimową porą, przy lampie naftowej. Po przebudzeniu czasem twarz leżała na stole w ślinie, która wypływała podczas tej drzemki. Natomiast o nauce rozumienia przedmiotu było już nie do pomyślenia. Jedynie niedziela była wytchnieniem i organizowaniem różnych gier z kolegami. Te moje odczucia spowodowały marzenia o zostaniu w przyszłości marynarzem, o czym dzieliłem się z mamą. Niestety, słyszałem tylko; wybij sobie z głowy. Planowano zrobić ze mnie spadkobiercę tego gospodarstwa. Powodem było to, że najstarsza siostra kończyła szkołę średnią, co rokowało migrację do miasta. Starszy brat łobuz niesamowity, bity często dyscypliną, która wisiała na drzwiach, w miejscu widocznym. Siostrę najmłodszą, jeszcze nie brano pod uwagę.

Niedługo te wszystkie plany runęły, gdy w 1962 r. zmarła mama. W tym czasie starsza siostra była już żonata w Bydgoszczy, która podjęła próbę, aby ojczyma (w zasadzie jako obcego) odsunąć od władzy, a sprowadzić brata, który miał w tym czasie 21 lat i był w wojsku. Ja miałem 15, więc się nie liczyłem. W końcu brat wrócił i w pośpiechu doprowadzono go do ślubu z 19 letnią kuzynką, córką siostry mamy. Ojczym nie mógł się pogodzić z takim obrotem sprawy, co przyczyniło się do awantur. Ostatecznie się wyprowadził do pewnej wdowy, którą poślubił. Zanim do tego doszło dokonał wysprzedaży inwentarza jak i różnego sprzętu. W związku z tym, brat przejął posiadłość praktycznie bez środków do prowadzenia gospodarstwa, co rzutowało na nie obsiane pola, a wraz z tym brak dochodów, przez co narastanie zadłużenia podatków do Państwa.

Nie był to koniec kłopotów. W tym czasie moja siostra z Bydgoszczy otrzymała prawnie opiekę nade mną, jako nieletnim. Zabrała mnie do siebie, gdzie zacząłem uczęszczać do szkoły w zawodzie ślusarza. Kiedy skończyłem 18 lat, oraz pozostało mi jeszcze trzy miesiące do ukończenia szkoły zawodowej, to w pewnym dniu spotykam brata na osobności, który przekazuje mi następująca wiadomość. Ojczym założył sprawę sądową o podział majątku i, że jemu przyznano 11 ha, gdy tymczasem przysługiwało mu tylko niespełna 4 ha po części naszej matki, czego wynikiem była wcześniejsza decyzja sądu. Najstarszej siostrze z Bydgoszcz nic nie przysługiwało, jako, że ówczesne prawo nie dopuszczało do spadku z powodu zamieszkiwania w mieście, mających mieszkanie i pracę państwową. Brat, ja, i siostra młodsza prawie po 7 ha i ojczym 4 ha, razem 24 ha, jako, że jeszcze za życia rodziców sprzedano 6 ha z 30-sto hektarowego areału po dziadkach.

Po około dwu tygodniach znów pojawia się brat i nakłania mnie do przyjechania i udzielenia mu wsparcia w obronie mojego spadku. Dlatego, że wyznaczono termin geodety, który miał wydzielić ojczymowi owe 11 ha. Przy tej okazji wyjaśnił mi przyczynę takiej okoliczności. Otóż siostra u której byłem, zawarła tajne porozumienie z ojczymem, o sprzedaży mojej części spadkowej. Ten cel jej się częściowo powiódł jako, że miała nade mną opiekę prawną, a tego handlu dokonała tuż przed ukończeniem mej pełnoletności. W związku z tym, że siostra ze mną wcześniej nie uzgadniała, przez co straciłem do niej zaufanie pomimo kosztów które ponosiła z mężem na me utrzymanie. Chociaż w tym miejscu muszę wyjaśnić, że te koszty mego utrzymania nie były wcale tak duże, jako, że uczęszczałem do szkoły dla pracujących, więc choć jako uczeń wynagrodzenie miałem niewielkie, to jednak było. Poza tym od czasu do czasu otrzymywali na mnie zapomogę z funduszy państwowych, w formie dla sierot.

Kiedy przybyłem do brata w dniu wytyczania areału ojczymowi przez geodetę, to wraz z nim przybyli też funkcjonariusze milicji. Przybyli, gdyż wcześniej brat uniemożliwił dokonania pomiarów geodecie. Również i tym razem brat z bratową próbowali nie dopuścić, idąc za nimi w pole przeszkadzając i używając słów wulgarnych. W tym czasie ja z młodszą siostrą zostaliśmy w domu. Gdy już wszyscy powrócili z wielkim harmidrem, to podszedłem do jednego z milicjantów i próbowałem wyjaśnić, ale bez rezultatu, gdyż jak twierdził, że wykonuje postanowienia sądu i nie może tego podważać, czy są sprawiedliwe czy nie. W pewnym momencie brat wziął rower i w dużym zdenerwowaniu wykrzykując, że jedzie na pocztę, by wezwać milicję wojewódzką. Nie wiem co było powodem gwałtownego pośpiechu wsiadania milicji do samochodu? Odebrałem to, jako znak, że ich obecność może mieć znamiona nielegalności. Z tego powodu chciałem utrudnić im odjazd i pobiegłem po widły by przebić oponę. Kiedy biegłem do koła, to wyskoczył jeden z milicjantów z pistoletem wymierzonym we mnie, z ostrzeżeniem: ,,żuć widły bo będę strzelał". Rzuciłem. A oni odjechali.

W międzyczasie - spadochroniarstwo
W czasie chodzenia do zawodówki, jedną z moich pasji było spadochroniarstwo. Najpierw jednak po zgłoszeniu się do aeroklubu bydgoskiego, odbywaliśmy kurs teoretyczny w okresie zimowym. Na wiosnę po zdaniu egzaminu wysłano nas na badania lotnicze do Wrocławia. Obawiałem się, gdyż testy były trudne i różnego typu, szczególnie na szybką reakcję, spostrzegawczości i logiczne myślenie. Przeszło pomyślnie ok. 70%, w śród nich i ja. Nadeszła wiosna i sprzyjające warunki pogodowe dla początkujących. Najpierw zrobiono dla nas próbny lot, by ostatecznie sprawdzić reakcje organizmu w praktyce. Loty odbywały się tak zwanym potocznie dwupłatowcem (CSS-13). Ten lot próbny charakteryzował się tym, że pilot dokonywał różnych manewrów. Najtrudniejszym uczuciem nie było dla mnie gwałtowne wznoszenie, co powodowało uczucie dużego ciężaru przygniatającego do siedzenia, ale najtrudniejszym było gwałtowne opadanie. Wówczas to, cała zawartość brzucha podnosiła się do gardła. Ale całe szczęście pozostałem czysty.

Za dwa dni już prawdziwy skok. Nie mogłem się doczekać tej chwili. Moje przeżycia jednak zaczęły doskwierać dzień poprzedzający skok. Zaczęły nachodzić pytania, czy czasem nie przypadnie na mnie jakieś nieszczęście, jedno z setek tysięcy, bo przecież nie tylko w lotnictwie się takie zdarzają. Wynikiem tego był sen w nocy, gdzie śniło mi się, że wiszę na szczycie oblodzonego słupa, około 70-cio metrowej wysokości. Końcówka była zaokrąglona, ja natomiast z mizernym skutkiem próbuję się uchwycić. Tą walkę o uchwycenie się ostatecznie przegrywając, spadam. Te napięcie spowodowało przebudzenie. Byłem zmęczony i przestraszony. Przychodzi jednak dzień i chwila mojego pierwszego skoku. Nigdy przedtem nie zdawałem sobie sprawy, że będę się lękał. Po kolejnym skoku, samolot ląduje po mnie. Czuć woń paliwa wyraźniej niż kiedykolwiek. Wsiadam do kabiny z tyłu pilota. Unosimy się. Myśli się kłębią i nachodzą najgorsze scenariusze, m.in, że podczas zeskoku zaczepi się jakaś lina od przedwcześnie otwartego spadochronu, że się nie otworzy w wyniku błędu ułożenia w pokrowcu itp. Wysokość 800 m i punkt zeskoku osiągnięty. Pada powiadomienie do wyjścia na dolny płat.

Wychodzę z kabiny na dolne skrzydło z którego trzeba zeskoczyć w tylnym kierunku. Wychodzę ostrożnie ściskając rozpórki między skrzydłowe tak mocno, jakbym chciał sok z nich wycisnąć. Spoglądam na małe domki i liliputów drepczących po ulicy. Z drugiej strony zerkając na powierzchnie lasu, to tak jakby trawnik oddalony zaledwie o kilkadziesiąt metrów. Zalękniony myślę sobie - nie skoczę. Z drugiej strony wstyd, gdybym zdrefił, to jakie byłyby spojrzenia na mnie? W takim dylemacie pada komenda - skok. Nie, nie - myślę sobie w bezdechu. Puszczam rozpórki. Wiatr mnie popchnął. Spadam. Poczułem szarpnięcie. Zawisłem. Tak, to otworzyła się czasza spadochronu, której wcześniej została uwolniła przez wyciągnięcie zawleczek przez linę. Poczułem się teraz bohaterem niczym kosmonauta. Radość była tak ogromna, że nawet zapomniałem unieść głowę do góry, by sprawdzić poprawność otworzonej czaszy, gdyż takie były zalecenia.

W sumie miałem 30 skoków. Zdobyłem uprawnienia skoczka spadochronowego III klasy. Byłem na egzaminie licencji skoczka. Egzamin teoretyczny zdałem pomyślnie, ale komisja dopatrzyła się braku dwu skoków zgodnie z przepisami, w skutek czego nie dopuszczono mnie do skoków praktycznych. A, że takie egzaminy odbywały się raz w roku, więc dalsze zdobywanie klas zostały opóźnione. Chociaż miałem jeszcze parę przeżyć i doświadczeń, to wstawiam jedynie na potwierdzenie dwie strony z mej książki skoczka spadochronowego. Najpierw fragment danych o mnie

















oraz Dziennik skoków

Wkraczanie w samodzielność.
Po powrocie do Bydgoszczy podjąłem starania znalezienia pokoju i wyprowadzenia się od siostry. Po przejrzeniu ogłoszeń w prasie, z wytypowanych znalazłem z ceną 150 zł. Pokój był wspólny z pewnym stolarzem, oraz synem pijakiem właścicielki posesji. Po wyprowadzeniu się od siostry pod ich nieobecności, zamieszkałem w wynajętym pokoju. Pozostawało mi 330 złoty na życie. Obiecana pomoc od brata nigdy nie nastąpiła. Istniała też obawa, że mogę nie ukończyć szkoły z powodu przeszkód szwagra, który mógł to zrobić w odwecie, że przeszkodziłem im dokonać ostatecznej transakcji mego spadku na rzecz ojczyma. Obawy tym bardziej były realne z powodu, że szwagier był osobą wpływową mającą stanowisko w Komitecie Wojewódzkim. Na szczęście obawy się nie ziściły.

Po ukończeniu szkoły otrzymałem angaż stażysty w zakładzie pracy, z perspektywą dobrych zarobków po półrocznym stażu. Taka nadzieja była realna, gdyż zaraz przeniesiono mnie i jeszcze jednego kolegę na dział produkujący, gdzie były wykonywane pewne skrzynie ognioszczelne do górnictwa w systemie akordowym. Ten awans był nagroda za dobre wyniki. Moja nadzieja jednak wkrótce się rozsypała. Podczas pracy zawitał jednego dnia milicjant z nakazem aresztowania mnie. Z początku myślałem, że może na dwie doby celem przesłuchania mnie w jakiejś nieznanej mi sprawie. Po zawiezieniu mnie na komendę w śródmieściu, chciano ode mnie się dowiedzieć co nabroiłem. Tak naprawdę to nie wiedziałem za co, o czym prawdopodobnie i sam delegowany po mnie milicjant nie wiedział. Kiedy wciąż odpowiadałem, że nie jest mi znany powód, to jeden z funkcjonariuszy komendy popchnął mnie tak, że się przewróciłem o krzesło.

Po ok. trzech godzinach skuty w kajdanki poprowadził mnie milicjant na pociąg PKP, którym zostałem dowieziony na komendę w Aleksandrowie Kuj, którym był powiatem mego pochodzenia. Tam przedstawiono mi zrzut zagrożenia życia, wobec funkcjonariuszy państwowych na służbie. Tak odebrali moje usiłowanie przebicia koła samochodu. Na drugi dzień odtransportowano mnie i brata do toruńskiego aresztu, potocznie zwanego "okrąglakiem". Gdy zostałem zaprowadzony do celi, to się nawet przeraziłem z powodu aresztanta (ok 19 l.) , wcześniej już tam będącego. Była na nim prawie jedynie skóra i niezmiernie blady. Po zaryglowaniu nas, najpierw mnie spytał za co mnie wsadzili? Następnie opowiedział swoją historię o dopisaniu zer w książeczce oszczędnościowej. Natomiast wygląd był wynikiem dwutygodniowej głodówce z powodu domagania się leczenia, którego więziennictwo rzekomo nie spełniało. Ostatecznie udostępniono mu żądane leczenie i w ten sposób przerwał głodówkę.

Na rozprawie sądowej otrzymaliśmy; ja, brat i bratowa, wyrok po 1-nym roku pozbawienia wolności. Brat uzyskał jednak zaraz przerwę w karze, a bratowa nie była aresztowana, gdyż była w ciąży. Przerwę ich uzasadniało, że brat miał przyznaną opiekę nad nieletnią siostrą, utrzymywanie ciągłości rolniczej i owa ciąża. Ja jednak już byłem zmuszony pogodzić się z tym. Po dwu tygodniach pozwoliłem ogolić sobie włosy na łyso, gdyż byłem przekonany, że wyrok został uprawomocniony, a po nim regulamin zobowiązywał do tego. Udostępniono mi w tym czasie leczenia lampą kwarcową trądziku młodzieńczego na twarzy. Podczas tego napromieniowywania zakładałem okulary zabezpieczające uszkodzenia wzroku. Pewnego dnia otwiera strażnik celę i wywołuje mnie na wolność. Nie wiedziałem, że brat założył rewizję i na której to zmieniono mi artykuł jedynie za obelgi, zmieniając na pół roku aresztu. Uwolnienie jak się dowiedziałem po powrocie do domu, było tylko przerwą w odbywaniu kary. Zanim jednak powróciłem do domu, byłem w stresie podczas powrotu do domu. Spowodowane było tym, że podczas naświetlań twarz miałem silnie brązową z łuszczącą się skórą. Natomiast oczy blade po okularach, no i ogolony. Można sobie wyobrazić pokazanie się na ulicy Torunia w takim stanie.

Po pewnym czasie przychodzi powiadomienie o stawienie się do odbycia pozostałej kary. Jeszcze raz powrót do "okrąglaka", skąd po dwóch tygodniach wywieziono wszystkich małolatów (do 21 lat ), do więzienia w Czarnym. Umieszczono nas w pawilonie, gdzie były dwie sale 50 osobowe i jedna 100 osobowa. Ta ostatnia była jeszcze pusta. Po wejściu wcześniej tam już osadzeni, przywitali nas, tak zwanymi pukami i mukami, t.zn. gwałtownym dmuchnięciem w oczy i pozorowanym uderzeniem w brzuch. Każdemu, kto się zląkł, wymierzano karę przez prawdziwe zadawanie ciosów najczęściej w ramię. Kiedy zobaczono na kimś cywilny ciuch w postaci np. swetra, co było dozwolone, to pojawiali się od razu handlarze, płacąc najczęściej papierosami. Najdziwniejsze dla mnie było grypsowanie. Przez jakiś czas trudno było mi zrozumieć tą gwarę więzienną. A niekiedy się też oberwało, za "obrażanie", ponieważ niektóre słowa na wolności są właściwe, a w więzieniu odbierane jako obraźliwe.

Więźniowie tworzyli też swoje klany aby mieć uprzywilejowaną pozycję nad innymi. Byli to zazwyczaj dość inteligentni z tego otoczenia więźniów. Wykorzystywali innych w różny sposób np. myciem naczyń, sprzątaniem, itp. ale najbardziej uwidocznieniem, że posłuszeństwem innych, czują się elitą. Wśród nich byli też homoseksualiści, którzy wykorzystywali seksualnie innych. Tych, którzy oddali się choć raz a potem nie chcieli, to ich ośmieszano. Ośmieszanie polegało na tym, że dawano mu ręcznik w usta i kazano na czterech chodzić przez środek sali i szczekać. Nadawano też im imiona żeńskie. Jeśli ktoś z nich nie chciał ulec kompromitacji i odmówił takiego pokazu, to był bity w chwili niewidocznej.

Chociaż elita była nieliczna, to stanowiła pewien monolit, czym miała przewagę nad pozostałymi nie umiejących się zorganizować. Pewnego razu jednak nie wytrzymał pewien facet o potężnej posturze, choć mało inteligentny i przeciwstawił im się. Zaatakował tą elitę chochlom od rozlewanych porcji obiadowych z sagana. Walka jednego na ok. dwunastu przypominała, walkę Juranda ze Spychowa (Krzyżacy). Przerwały na całe szczęści służby więzienne. Innym epizodem było czasem wzywanie w nocy "na koń", czyli do uczestniczenia do zbiorowego samogwałtu. Niektórzy przychylnie zareagowali, co ujawniało się słyszeniem.

Wyjście z więzienia
Wróciłem do rodzinnego domu a nie do Bydgoszczy, gdzie do wynajętego pokoju nie było perspektyw. Nie wiedziałem też, czy przyjęto by mnie w zakładzie w którym pracowałem. Miałem tylko pieniądze na powrót. Na przeżycie miesiąca nie było za co. Jedynym wyjściem wrócić do brata by mnie wspomógł, aby do chwili znalezienia zatrudnienia i pierwszych pieniędzy jakoś wyjść z tej patowej sytuacji.

Kiedy już przekroczyłem próg rodzinnego domu, a było to wieczorem, to zastałem kuzyna z rodziną. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że brat pewno z rodziną pojechał na jakieś wesele i na gospodarza zaprosił tegoż kuzyna. W rodzinach rolniczych były tak praktykowane zastępstwa jako, że obowiązki z inwentarzem były konieczne. Po niedługim czasie ujawnił zaistniałą sytuację. Brat w wyniku zadłużenia i brakiem perspektyw egzystencji, wyjechał na Śląsk do kopalni węgla, jako, że lata 1965 miały zapotrzebowanie na ten surowiec, z możliwością mieszkań. Było to wynikiem jego bezradności w wyniku zadłużenia pobieranych pożyczek niby na rozwój rolnictwa, a w efekcie na opłaty adwokatów w prowadzonych sprawach sądowych, jak i na przeżycie. W sumie długi nie płaconych podatków i niespłacanych pożyczek, spowodowały przejęcie wszystkiej ziemi (z wyjątkiem działki zabudowy), przez Skarb Państwa.

Kuzyn tą dzierżawę wynegocjował za bezcen w ujęciu prawnym z porozumieniem Gminy na wyznaczony okres. Wkrótce znalazłem pracę w POM w swym zawodzie. Kiedy zaczął upływać okres dzierżawy, podjąłem próbę usunięcia kuzyna z pozostawionej ruiny schedy po swych przodkach. Były trudności jako, że był prawie bezdomnym. Przedtem mieszkał w szopie, która do tej chwili uległa stanowi nienadającym się do zamieszkania. Pomijając wszystkie perturbacje z tym związane, ostatecznie wyprowadził się. Ja wkrótce ożeniłem się.

Etap życia w związku małżeńskim
Moje życie w nowym stanie było nie łatwe. Po pierwsze: Dom w którym zamieszkałem po rodzicach był w stanie chylącej się ruiny. Budynek inwentarski i stodoła, to jedyna ruina, które trzeba uporządkować, gdyż pozostawia jedynie widok jak po huraganie, co stanowi niemiłe wspomnienia. Po drugie: Żona pochodziła z 11 rodzeństwa, które również z różnych powodów było materialnie ubogie. Czyli pomocy żadnej. W tym stanie trzeba było nabywać podstawowe środki do egzystencji jak: meble, pralkę, lodówkę, telewizor itp. Co gorsza, to dom wymagał natychmiastowej odbudowy. Odbudowy lub remontu, to niewłaściwe określenie, gdyż trzeba było zburzyć niemal do fundamentów, a budować niemalże od nowa. Jak temu podołać, gdy niema się oszczędności i pomocy znikąd?

Praca 8 godzin w zakładzie państwowym plus 3 godziny na dojazd. Po powrocie do domu, chwytanie za taczki i łopatę i stopniowe usuwanie części się walącego domu i etapami odbudowywanie. Nie stać na najęcie zmechanizowanego sprzętu. Miesiąc w miesiąc coś z wypłaty się kupuje, a to cement, a to inny materiał, a to kołyskę do syna, który się urodził itp. Oto ja bez praktyki staję przed wezwaniem bycia murarzem. Po paru latach ciężkiej pracy wreszcie mieszkamy w warunkach, które można nazwać podstawowymi.

Moje hobby
W miarę tej mojej stabilizacji materialnej, zacząłem rozwijać swe zainteresowania szachowe, jako, że spadochroniarstwo w tak oddalonej wsi, od miasta z aeroklubem nie wchodziło w grę. Jak na wioskę "zabitą dechami" ilość osób umiejących grać w szachy była znaczna (ok 20). Uwieńczeniem rywalizacji w wiejskiej ,,klubo-kawiarni", były zawody powiatowe LZS o ,,złotą wieżę". W drużynie LZS III miejsce w województwie włocławskim (wówczas). Ale po dwukrotnym zdobyciu mistrzostwa powiatu było mi za mało. Zgłosiłem się w miesięczniku Szachy, gdzie najpierw przystąpiłem do rozgrywek korespondencyjnych. Tam można było też zdobywać kategorie szachowe. Tam też wygrywając swą grupę, uzyskałem w jednocześnie V i IV kategorię, za 100% wynik wygranych. W wyższej grupie uzyskałem III kategorię. Następnie zgłosiłem się do eliminacji mistrzostw Polski w rozwiązywaniu zadań szachowych. Zadania składały się z dwu kategorii: Problemy
Polegało to na matowaniu, które pokazują diagramy do rozwiązania.

Natomiast diagramy Studium polegały na wskazaniu wariantu wygrywającego lub remisującego.




































Po pierwszych moich eliminacjach w których wystartowałem, zająłem 15 miejsce, co nie dało mi kwalifikacji w finale mistrzostw Polski, gdyż prawo uzyskiwało 12-tu. Oto końcowa lista zamieszczona w miesięczniku Szachy. W następnych eliminacjach (co dwa lata) przystąpiłem z pełnym poświeceniem, aby znaleźć się w finale. Kwartalne wyniki wskazywały, że mam szanse. Po zakończeniu turnieju z kwartalnych publikowanych wyników w miesięczniku wyliczyłem, że się zakwalifikowałem, zajmując miejsce między 7-9-ym. Niestety, okazało się, że w wyniku przemian politycznych w naszym kraju, z różnych przyczyn zmieniono regulamin z powodu czego zakwalifikowanych zostało sześć osób. Następnych sześciu szukano z wyboru innego rankingu (chyba o pieniądze chodziło). To mnie mocno zdenerwowało z powodu takiego wysiłku, a tu wszystko zostało zniweczone.

Przeniosłem się więc z rozwiązywania zadań szachowych, na korespondencyjną grę szachową w mistrzostwach województwa - wówczas włocławskiego. W pierwszych mych występach nie osiągnąłem pomyślnego rezultatu. Oto niektórzy uczestnicy I mistrz. woj. włocławskiego. Link Następny rok przyniósł mi pierwsze miejsce, o czym doniosła również prasa lokalna prasa.


















Drugie miejsce zajął Bartłomiej Kołodziej, który później został senatorem I kadencji, oraz posłem na Sejm tu więcej. Ja tym samym zakwalifikowałem się do półfinału mistrzostw Polski w grze korespondencyjnej w szachach. Jednak zrezygnowałem z awansu, ze względu, że w tym czasie Świadkowie Jehowy zainteresowali mnie Biblią tak silnie, że okazało się dla mnie bardziej ważne. Po mojej rezygnacji, zastąpił mnie Kołodziej z drugiego miejsca. Ale i on zrezygnował na początku rozgrywek, na rzecz politycznej działalności.

Przygoda z ŚJ
Pierwszy raz zetknąłem się ze ŚJ w 1984 r., gdy byłem zajęty pracami budowlanymi u siebie. Była matka z córką, może 8-mio letnią. Około 3 minut wysłuchałem, gdyż nie miałem czasu. Zostawili jakąś literaturę. Może za trzy miesiące odwiedziła mnie kobieta ze synem, wieku średniego. Zgodziłem się na rozmowę z dwu względów. Pierwsze, to ciekawość, w co oni wierzą i jaka jest różnica w wierzeniach? Drugim czynnikiem było przekonanie moje, że ich nawrócę na właściwą wiarę, to jest, katolicką. Po kilku spotkaniach, zlecili innemu, który miał mieć większe umiejętności przekonywania. Okazał się nim pewien "starszy" z Ciechocinka z zawodu nauczyciel żonaty z Bułgarką.

Dyskusje nabrały regularności raz w tygodniu. Oni nazywali to studium Biblii przy pomocy książki Prawda .., która była ułożona tematycznie. Już po niedługim czasie zacząłem nabierać przekonania, że ich wywody mają dość mocne argumenty o słuszności ich wierzeń, co powodowało wątpliwości do moich dotychczasowych, czyli katolickiej. Ten okres sprawił mi problem, szachy czy zdobywanie wiedzy biblijnej? Zauważył też to kolega z drużyny szachowej, gdyż powodowało to zmniejszenie poziomu w grze. Przyszło mu do głowy, aby wybić mi spotkania ze ŚJ, proponując spotkanie z księdzem, który miałby rozwiać moje wątpliwości, które zasiali mi ŚJ-owy.

Po niedługim czasie doszło do takiego spotkania na plebani. Ja z trzy miesięcznym doświadczeniem ze ŚJ. Rozmowa trwała około 3 godziny. Poruszane temat to głównie: Trójca, dusza, wizerunki. Po zakończeniu dyskusji nie czułem, że moje wywody zostały obalone. Jednakże ksiądz podał pewne kwestie, które budziły pewne wątpliwości co do poprawności interpretacyjnej ŚJ w pewnych kwestiach. Odchodząc spytałem jeszcze, czy dobrze robię próbując zrozumieć Biblię? Ksiądz odpowiedział, że tak, ale abym poznawał dokładniej wykładnię Kościoła.

Później jeszcze próbowałem rozmów z księdzem z mej parafii, u którego byłem na plebani. Pierwszym razem zakończyło się niepowodzeniem, na skutek, że pojawiły się dwie kobiety z zamówieniem mszy. Ksiądz zaczął mnie poniżać, bez dopuszczania do głosu, więc odszedłem. Najciekawszym zdarzeniem było, gdy chodził po kolędzie. Nie wstąpił do mnie, więc wyczekałem chwilę, aż u sąsiada zakończy obrzęd i usiądzie do rozmowy, to ja ten moment wykorzystam, aby zaprosić go osobiście do mego domu. Po zapukaniu do drzwi, otwiera sąsiad i od razu z inwektywami (do tej chwili nasze stosunki były więcej niż poprawne), że jak śmiem naruszać tak osobiste spotkanie z duchownym. Zareagował tak gwałtownie, że nie mogłem nawet powiedzieć, że moja obecność ma jedynie polegać na zaproszeniu księdza do siebie.

Ksiądz jednak z głębi mieszkania odzywa się do gospodarza: "Niech przyjdzie, wpuść go tu". Wówczas sąsiad uspokoił się i kazał wejść. Ja wszedłem jedynie z zamiarem zaproszenia księdza. Po wejściu zaskoczyła mnie obecność córki (10 lat). Zrozumiałem, że było to prawdopodobnie wynikiem wcześniejszych ustaleń z żoną, o czym nie byłem poinformowany. Ksiądz nie czekając na przedstawienie celu mej wizyty, zaczął natychmiast od zarzutów. Czekałem, aż skończy. Niestety potok zarzutów w większości nieprawdziwych, a gdy chciałem wejść w słowo zaproszenia do siebie, aby wyjaśnić te okoliczności był niemożliwy. Mówiąc w skrócie, to ta sceneria wyglądała tak, że do księdza dołączyli się sąsiad i sąsiadka. W sumie było to tak chaotyczne, że sam nie wiedziałem co jest "grane"? Doszło do tego, że wstała cała trójka i na stojąco podniesionym głosem, z dużym temperamentem gestykulacji byłem atakowany, tak, że nawet ksiądz utracił kontrolę, więc sąsiadce łapał za ręce i opuszczał jej, by dać jej znać, żeby mu nie przeszkadzała.

Ostatecznie wyszedłem, by nie dać powodu, że ja doprowadziłem do tej scysji. Tutaj przy okazji chcę donieść, że po dłuższym czasie dowiedziałem się od pewnej osoby, która dokonywała pewnej usługi remontowej w kościele, o relacji księdza w opisanej kolędzie. Otóż ksiądz triumfował do niego, jak to mi dał "popalić", że nawet języka nie umiałem otworzyć. Dla mnie było to przykre, że ksiądz, który powinien być przykładem moralności i opanowania, chwytał się takich metod. Ostatecznie to zdarzenie zapoczątkowało poważne wątpliwości w KRzK. Obecnie ta osoba, która mi opowiedziała, sympatyzuje z naukami ŚJ.

Reakcja rodziny na mą zmianę
W zasadzie żona nie chciała rozmawiać ze mną w sprawach światopoglądowych. Sama osobiście nie robiła mi awantur z tej przyczyny. Nie oznacza, że była tolerancyjna. Nie była jednak zadowolona z mych zmian poglądowych, a nawet mocno przeciwna. Uwidaczniało się to wykorzystywaniem innych okoliczności, by mnie zniechęcić. Jednym z takich zdarzeń było podczas odwiedzin gościnnych szwagra z żoną t.j. brata mojej żony.

Szwagier przybył pod wpływem alkoholu. W pewnym momencie rozmowy, wyraził ciekawość mymi poglądami. Jego ciekawość była pozorna, gdyż okazało się tylko prowokacją do wyrażenia swego niezadowolenia z moich zmian religijnych. Przeszedł do poinformowania mnie, że nie życzy sobie, aby jego siostra , a moja żona, miała męża "jehowitę" - jak się wyraził. Kiedy doszedłem do wniosku, że wyjaśnianie nie mają sensu na jego agresywną postawę, postanowiłem odejść do sąsiedniego pokoju. Ale on wstał, chwycił mnie za rękaw i zaproponował rozwiązanie poprzez pojedynek na pięści. Kiedy próbowałem się uwolnić, to on nie dawał za wygrane, prowokując na różne sposoby. W pewnym momencie jego żona nie wytrzymała, podeszła do niego i policzkując go, powiedziała; "co chcesz od jego poglądów? To jego sprawa".

Moja żona chociaż widziała chuligańskie zachowanie swego brata, nie stanęła w mej obronie. Ja odszedłem do sąsiedniego pokoju, zostawiając ich. Położyłem się na wersalce. Po chwili wchodzi szwagier i niby chce mnie przeprosić. Okazało się to próbą uśpienia mej czujności. Wyczekał dogodny moment, rzucił się na mnie i przydusił mi ręce, które miałem podłożone pod głową, leżąc na wznak. Zaczął mi robić zamachy z główki. Wyrwałem się jednak i udając wyjściem da dwór. W rzeczywistości wszedłem do przeciwległego pokoju za korytarzem, w którym nie było grzane (pora zimowa). Tam odczekałem do ich odjazdu ostatnim kursem PKS-u. Muszę też powiedzieć, że będąc pod wpływem ŚJ, o nie używanie przemocy fizycznej, zastosowałem się do tego. W poprzednim mym usposobieni podjął bym się pojedynku.

Kolejnym zdarzeniem była następujące zachowanie się mej siostry, mieszkającej 7 km od nas. Wiosna 17 -05- 1985 r. Wchodząc do domu siostra mówi: Dzień dobry, odpowiadam ja: dzień dobry. Następnie pyta: Co u was słychać? Przeczuwam po jej minie i zachowaniu cel jej przyjazdu, więc odpowiadam: No chyba już słyszałaś to, co chcesz o mnie usłyszeć. Właśnie słyszałam, w całej wiosce aż gra. Wstyd mnie z domu wyjść. Teraz zaczęła wręcz krzyczeć: Od początku to dziadostwo było takie skryte, diabeł w niego wstąpił, do baptystów się zapisał, jeździ się pi******ć, do k***w jeździ, pieniądze ci obiecali, ty świnio, ty h**u, wstyd całej rodzinie przyniósł. Gdy próbowałem sytuacje uspokoić i przejść do konstruktywnego wyjaśnienia, to zaczynała na powrót w podobnym stylu, jak wyżej. Ponadto do żony: On ci oczy mydli, nie wierz mu. Mój mąż (był ławnikiem społecznym), miał sprawę małżeństwa, gdzie mąż oskarżał żonę, że te baptyści do lasu jeżdżą się p******ić. Próbowałem wyjaśnić, że baptyści to inna religia niż ŚJ, ale siostra od nowa klątwy itp.

Próbuje odczytać jej z Pisma Świętego (PŚ). Ona: Pokaż sama zobaczę. Przeczuwając, że chce zniszczyć, pokazuję z daleka. Siostra: To Pismo jest do wytarcia d**y. Próbując wyrwać, by rzucić w piec. Sięgam po Nowy Testament (NT), który nabyłem od jednej z rodzin z jej parafii, który to otrzymała pewna dziewczyna podczas pierwszej komunii. Ten NT miał pieczęć parafialną z dedykacją ich księdza i podpisem. Siostra: Moja córka też dostała takie samo. Czytając je, można ogłupieć. Już tacy byli, co czytali i pogłupieli. W wyniku potoku niecenzuralnych słów i przysłuchujących się naszych dzieci, kazałem jej opuścić dom. Siostra: Owszem odjadę, ale będę powracać codziennie dopóki, dopóty nie powrócę do tradycji rodziców. A jeśli i to nie pomoże, to przyjedzie z mężem i mnie wyrzucą na bruk. Zameldowanie już jest w trakcie załatwiania przez sołtysa. Groziła też pobiciem nie pozostawiających śladów. Kiedy jeszcze próbowałem jej przypomnieć, że prawo do mego światopoglądu gwarantuje mi Konstytucja RP, to ona: To wszystko mam w d***e. Widać, że ma za nic każde prawo; świeckie jak i Boże. I jak tu dojść jakiegoś konsensusu?

Po trzech dniach, gdy wróciłem z pracy i zjedzeniu obiadu, poszedłem poszedłem uprzątać gruz po zawalonej części budynku. Gdy po pewnym czasie przyszedłem do mieszkania, aby się napić, to zastałem siostrę, która dumnie powiedziała: No jak zapowiedziałam, tak przyjechałam, aby dowiedzieć się, czy już wypisałeś się od tych baptystów? Poprosiłem o natychmiastowe opuszczenie. Tymczasem ona ponownie włącza swój repertuar; krzycząc, insynuując i klnąc. Widząc, że po dobroci nie da się nic zrobić, postanowiłem zwrócić się o pomoc do milicji. Siostra oświadczyła: Ależ ja tego pragnę. Pojechałem na posterunek, aby zgłosić zaistniały konflikt, a była godzina 16-ta. Po mym powrocie siostra się odzywa: No co, sam wróciłeś? Ja informuję, że posterunek milicji otwarty będzie o godz. 18-tej. Na to ona zwracając się do żony: Jak ty możesz wytrzymać z takim kłamcą? On ci mydli oczy cały czas. To tchórz, on wcale nie był, tylko straszy milicją, jak można wytrzymać z takim pijakiem? Zwracam się do żony, czy naprawdę obecnie się upijam (od ponad pół roku nie miałem w ustach żadnego alkoholu)? Żona milczy.

Zbliża się godz. 17, 30 i czas bym ponownie jechał na posterunek. Siostra drwiąco, że znów ich straszę, że kłamię itp. Pojechałem i przedstawiłem zaistniały problem. Posterunkowy obiecał przyjechać za pół godziny. Po powrocie siostra znów kpiąc, że znów wróciłem sam, czym potwierdzam po raz wtóry swe kłamstwa. Powiedziałem, że przyjedzie za około 45 min. dodając na ewentualne spóźnienie. Zbliża się godz. 18, 30, siostra wstaje szykując się do odjazdu, twierdząc, że na dziś już dosyć i czekanie dalsze czekanie niema sensu, gdyż nie jestem wiarygodny w zgłoszenie. Stanąłem wobec dylematu. Przyjedzie milicjant na zgłoszenie i nie zastanie sytuacji zgłoszonej. Aby jakoś opóźnić odjechanie siostry, stanąłem w drzwiach, odcinając możliwość wyjścia.

Siostra najpierw podeszła i palcem zaczęła pukać mi w czoło jak dzięcioł i wyśmiewać: Ty głupcze, ty gamoniu, jak bym cie rąbnęła. Gdy dalej stałem nieruchomo, robiąc sobie nic z jej wysiłku, to zaczęła mnie policzkować dłonią. Ja uparcie stałem nie reagując na jej wysiłki. Tak ją to wkurzyło, że poszła i wzięła pogrzebacz i nim zaczęła mnie uderzać po tułowiu i rękach. Ale ja byłem na tyle zdesperowany, że byłem gotów na danie się poranienia. Być może nie chciała mi narobić śladów przemocy, ale z drugiej strony widziałem jej słabość w wyniku nerw, z powodu swej bezsilności mego opanowanego spokoju. Zrezygnowana nieco usiadła na krześle. Po chwilowym odpoczynku, ponownie zaczęła wykrzykiwać.

Po chwili nadjechał milicjant. Siostra ucichła. Po wejściu zapytał siostrę dlaczego zachowywała się tak głośno? Ona zaprzeczała próbując przypisać mi, ale milicjant powiedział, że potrafi rozpoznać barwę głosu męskiego od kobiecego. Milicjant spytał się siostry, czy jej pretensje nie dotyczą czasem spraw majątkowych. Zaprzeczyła. To ja do zwracam się do siostry: To teraz opowiedz jak się zachowywałaś wobec mnie i jakiego słownictwa używałaś. Wszystkiemu zaczęła zaprzeczać, udając zdziwioną, że ja relacjonuje milicjantowi jej zachowanie. Zwróciłem się do żony o potwierdzenie. Ku mojemu nieprzyjemnemu zdziwieniu, słyszę: ,,Ja się w sprawy rodzinne nie wtrącam". Po prostu "ręce mi opadły". Milicjant pouczył tylko siostrę, że Konstytucja gwarantuje prawo do dowolnego światopoglądu. Coś zanotował w notesie i odjechał. Po odjechaniu siostra zaczęła na nowo. Co miałem zrobić w takiej sytuacji? Po prostu chwyciłem ją wpół i wynosiłem ją z domu za próg. Podczas wynoszenia udało jej się wyciągnąć klucz z drzwi i potem rzucić w redliny ziemniaków.. Od tej chwili zapanował z nią spokój.
Nawigacja
Wyszukiwarka
Wizerunki
Trójca
Krzyż-pal
Cuda
PNŚ a doktryny
Kontrowersje
Wierzenia
Sędzin i okolice
Galeria
Forum
Download
FAQ
Kontakt
Kategorie Newsów


Ostatnie Artykuły
Rola kobiet w NT
Błędy biblijne cz. II
Błędy biblijne cz. I
Błędy biblijne cz. III
Zgromadzenia ŚJ
Ostatnio online
gambit163 weeks
Danieltic186 weeks
JosephTigo209 weeks
Nelsonrak251 weeks
DonaldNeat257 weeks
Cardinalis S...276 weeks
gmltktlgt283 weeks
michaloxe284 weeks
przemotoyto285 weeks
Werona11320 weeks

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | fashiontrends.icu | frmode.eu